Miód Podrożał - podsumowanie


Kochani... Planując ten post miałam absolutny natłok myśli w głowie. Kiedy już przyszło do podsumowania, naprawdę brakuje mi słów...

Jak wiecie, cały ten projekt jest dla mnie szalenie ważny z wielu powodów. Był szczególnie osobistym tworem, który nieco obawiałam się obnażyć. Tworzyłam go kilka lat mojego życia, fotografie do niego uważam za jedne z najważniejszych, jakie zrobiłam, no i cel przekazania dochodów z niego na naszego, małego Bruna...
Od sierpnia zeszłego roku nieustannie żyję tym projektem. Przyniósł on olbrzymią ilość wzruszeń, Waszych cudownych wiadomości wyciskających mi łzy każdego wieczora, moc uśmiechu, ale także nieopisanego stresu i czasami nerwów. Jednak najwięcej przyniósł zaskoczenia.
Kiedy rozpoczynaliśmy akcję, przybierała ona bardzo skromną formę, taką przynajmniej próbowałam stworzyć. Założenie mówiło o maksymalnie kilkudziesięciu sprzedanych egzemplarzach. Gdy po niecałym tygodniu przekroczyliśmy sto, a zainteresowanie dopiero zaczęło rosnąć, nie mogłam uwierzyć. Cały projekt zapewne toczyłby się dalej, jednak w najśmielszych oczekiwaniach nie byliśmy przygotowani na takie zainteresowanie, taki przebieg wydarzeń, dlatego po trzech miesiącach byliśmy zmuszeni przerwać akcję, gdyż wszystko zaczęło się już nam wymykać spod kontroli. Ze względów technicznych oraz finansowych, musieliśmy zamknąć sprzedaż, co bardzo boli, zwłaszcza kiedy wciąż pytacie o możliwość kupienia książki. (Po cichutku powiem, że jeszcze walczymy i może książka będzie dostępna w sprzdaży za jakiś czas, w nieco inny sposób. Jak już wyklarujemy temat, na pewno będę o tym pisać, zatem bądźcie czujni!)


Cały projekt wykonywałam samodzielnie, przy wsparciu Fundacji OKO-LICE KULTURY. Prosty pomysł, wydajemy książkę, do której przygotowywałam się naprawdę długo, w pojedynkę walczyłam ze złożeniem wszystkiego do kupy, przy edycji końcowej wsparł mnie niezastąpiony Lech Zdrojewski z fundacji oraz moja mama. Wszystko ruszyło, pierwsze wydruki już we wrześniu, w październiku ogłoszenie sprzedaży.
Jak już wspomniałam, skromne założenia pozwoliły mi stwierdzić, że każdy otrzyma swój kawałek Miodu. Bardzo szybko Wasze zainteresowanie rosło, przybywało Was, cudownych osób, coraz więcej, a pula dla Bruna rosła jak szalona! To był istny sen. Ja w Łoś Vegas, moja mama i Lechu w Polsce, niekończące się godziny na skajpie, logistyczna burza jak ogarnąć wszystkie wysyłki, jak ogarnąć wszystkie wydruki, do tego zaczęły dochodzić propozycje spotkań z książką w tle, a skoro z książką, to czemu i nie z fotografiami. 


Ty oto sposobem w listopadzie wylądowałam w moim rodzinnym mieście, aby osobiście nadać pierwsze około dwieście zakupionych książek oraz spotkać się z Wami na pierwszy spotkaniu autorskim w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Był to czas największego stresu w moim życiu (dosłownie). Nie wiedziałam czego się spodziewać, książki dopiero miały do Was trafić, zatem obawiałam się odrobinę odbioru treści, tak bardzo mi bliskiej i osobistej, że nie do końca chciałam poddawać ją ocenie innych. Zwłaszcza, że nie spodziewałam się aż tak dużego zainteresowania z żadnej strony. Jednak lawina ruszyła, trzeba było wziąć wszystko na klatę.
Nie było wcale lepiej, kiedy przed spotkaniem powiedziano mi, że brakuje miejsc, trzeba dostawiać krzesła, a ludzie zaczęli siadać pomiędzy regałami książek, aby tylko zmieścić się na sali. Przyznam, że absolutnie odjęło mi mowę i pierwszy raz w życiu nie mogłam się uspokoić z przejęcia.
Na szczęście Beata Graban cudownie poprowadziła nasza rozmowę, pomogła mi się uspokoić, zdystansować, oraz przebrnąć przez najtrudniejszą godzinę mojego życia (mimo, że dziesięć lat wcześniej, kiedy przypadło nam skonfrontować się na maturze ustnej z polskiego - gdyż jest nauczycielką w moim liceum - raczej jej obecność sprawiła, że stres kompletnie mnie zjadł ;)).


Książki zaczęły do Was docierać, do całej Polski, wzdłuż i wszerz, jak i poza jej granice! Pojawiały się pierwsze ich ujęcia na instagramie i facebooku, pierwsze recenzje, co spowodowało kolejny ciąg zainteresowania także od 'nowych' osób, które pierwszy raz zetknęły się z moimi tworami. Poznałam dzięki temu masę przekochanych istot, których obecność wlała moc ciepła do mojego serca. 
Jednak najpiękniejszymi momentami były te, w których pisaliście, jak bardzo Miód do Was trafia, jak bardzo się z nim identyfikujecie, jak Was wzrusza. To chyba najpiękniejsze, co autor może usłyszeć. Pomogło mi to odetchnąć z ulgą i zetknąć się z Wami z mniejszym stresem na kolejnym styczniowy spotkaniu autorskim oraz wernisażu w gdańskiej Sztuce Wyboru.

Spotkanie w Sztuce było jeszcze bardziej niesamowite. Dzięki cudownej Darii Szczygieł, z którą znamy się od lat, mogło dojść do skutku, a jego przebieg był dla mnie niezwykle swobodny. Było Was jeszcze więcej, sala pękała w szwach, nie wszyscy się w niej zmieścili. Było na nim dużo ciepła, miłości, Waszego wsparcia i pięknych słów. Choć każde z tych spotkań emocjonalnie wykańczało, było to najcudowniejsze wykończenie w życiu. Móc spotkać się z Wami osobiście, porozmawiać choć chwilę, poczuć Waszą obecność, wiedzieć, że potrafiliście przejechać całą Polskę, tylko aby być na spotkaniu (Alicjo, Maćku, nigdy Wam tego nie zapomnę!)... To jest największe szczęście!


Czas małego rozliczenia z Wami... Poza wielką dawką emocji, wzruszeń, uniesień, za projektem stoi również moc przyziemnych spraw, które często spędzały sen z powiek, zajmowały nam najwięcej czasu, poświęcaliśmy im najwięcej rozmów i działań. Kto kiedykolwiek zajmował się tworzeniem akcji charytatywnej, wie z jak ogromnym stresem to się wiąże i z jakimi absurdami trzeba walczyć, aby móc jakkolwiek pomóc w naszym kraju drugiej osobie. Na szczęście, dzięki patronatowi Fundacji, cała akcja mogła w ogóle dojść do skutku. Zanim rozpoczęliśmy projekt, ambitnie zakładałam, że będę w stanie go całkowicie sfinansować, aby każdy przychód był czystym zyskiem, lecz w praktyce okazało się to niestety niemożliwe. Jednak możliwym okazało się przekazanie całego dochodu na rzecz naszego Bruna.

Cały projekt pochłonął masę przygotowań, co za tym idzie, także masę finansów. Z własnej kieszeni opłaciłam wszystkie wydatki związane z doprowadzeniem projektu do końca, niezliczone podróże związane z dopinaniem projektu oraz w trakcie jego trwania, związane ze składem książki, pierwszymi rzutami wydruków, sporą część wysyłek, organizacje spotkań autorskich oraz masę mniejszych pierdołów, których nie widać, a jednak były istotne i składają się na taki efekt końcowy.
Fundacja OKO-LICE KULTURY okazała ogromne serce i bezinteresownie patronowała projekt, pomogła od strony finansowej (dzięki niej Wasze pieniążki mogły swobodnie wpływać na konto i będą mogły zostać przekazane dalej), nie zarobiła grosza na wspieraniu końcowej edycji książki, przygotowaniach do druku, nie licząc pośrednictwa w ogarnianiu dodruków, kiedy nie mogłam być przy tym obecna.
Rozpoczynając wszystko miałam cichą nadzieję, że uzbieramy choć kilka tysięcy, aby jakkolwiek wspomóc naszego małego Komandosa, odciążyć nieco wydatki, z jakimi wiąże się rehabilitacja oraz codzienna pielęgnacja. 
W końcu sprzedaliśmy grubo ponad 500-550szt (dokładnej ilości nie jestem w stanie się w tym momencie doliczyć) i po odjęciu kosztów manipulacyjnych, kosztów związanych z wydrukami, częścią wysyłek, opłaceniem odpowiednich podatków, na konto małego wpłynie 17 821,03 zł! To kwota, o której nie śmiałam nawet marzyć!

Chcę ogromnie podziękować wszystkim, którzy przysłużyli się do powstania Miód Podrożał. Mojemu mężowi, bo bez niego nie byłoby żadnego Miodu. Adzie i Karolowi, kochanym modelom, bo pomogli stworzyć małą magię, która przyciągnęła tłumy. Fundacji OKO-LICE KULTURY, tudzież Lechowi Zdrojewskiemu, Kindze Giełdon oraz Beacie Graban, bo nadali projektowi sens, ręce i nogi i pomogli mi uwierzyć! Moim rodzicom, którzy dużo czasu, serca i energii poświęcili na wysyłkę egzemplarzy, które do Was trafiły, a których osobiście nie mogłam nadać. Rodzinie - moim małym elfom, którzy także wspomagali proces wysyłek. Miejskiej Bibliotece Publicznej w Starogardzie Gdańskim oraz Sztuce Wyboru w Gdańsku, w tym Darii i Magdzie, za profesjonalne przygotowanie oraz umożliwienie spotkania się z Wami! Wszystkim najbliższym przyjaciołom, którzy bardzo mnie wspierali!
W końcu największe podziękowania płyną do Was. Nawet nie wiecie, ile dobra zrobiliście, wspierając cały projekt. Dzięki Wam uwierzyłam na nowo w dobre serce, czyste intencje i siłę, jaka drzemie, kiedy wszyscy zbiorą się razem w dobrej sprawie. Dzięki Waszemu zaangażowaniu marzenia Bruna o postawieniu samodzielnie pierwszych kroków są nieco bliżej, mamy więcej możliwości aby pomóc mu w walce o normalne życie. Niesamowicie wzruszyła mnie taka lawina, ciepła, dobra i szczerości z Waszej strony!

Pomogliście mi także na nowo uwierzyć w siebie, w sens tworzenia i dzielenia się tym ze światem. Jesteście najpiękniejszym, co mnie spotkało, odkąd zajmuję się pisaniem i fotografią. Cieszę się, że pojawiliście się w moim życiu.



W imieniu swoim oraz Bruna dziękuję! 
...choć cokolwiek, co powiem, nigdy nie odda mojej wdzięczności!   

Osoby zainteresowane dalszymi losami Bruna zapraszamy na jego facebooka, a chętnych wesprzeć go w inny sposób, w tym 1%, na jego stronę (:

2016.


Minęło kolejne trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Jak co roku siedzę z ukochanym u boku, z kotem po drugiej stronie, z choinką po trzeciej. Jak co roku robię kolejne podsumowanie. Jednak z jedną małą różnicą. Dziś zamykam miniony rok z uśmiechem.

Jego początki nie były dla mnie łatwe. Musiałam uporać się z wieloma rzeczami, z wieloma wewnętrznymi potworami. Moja kilkuletnia walka o Szwecję zepchnęła na drugi plan wszystko, co kocham. Kiedy w końcu udało się zaprowadzić harmonię i odnaleźć swoje miejsce, musiałam na nowo zawalczyć o siebie. Szwecja zmieniła we mnie wiele rzeczy, jedną z nich było postrzeganie rzeczywistości jako tak, ale i również tej w głowie, tej którą koloruję kadrami.
Tym oto sposobem pierwsze miesiące roku były przepłakane. Po kilku latach porządnej przerwy nie potrafiłam zrobić najprostszego portretu. Miałam poczucie, że cofnęłam się o te kilka lat i czułam okrutną bezsilność. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że gotuje się we mnie jedna z największych rewolucji. Powoli dojrzewałam do nowej siebie.


Nie było jednak czasu na użalanie się nad sobą. Fotograficznie skupiłam swoje działania na chwytaniu swojej codzienności, co pozwoliło mi otworzyć się na nowo na tematy, których od zawsze unikałam jak ognia, czyli wszystko co nie było związane z fotografowaniem człowieka. Bardzo dobrze mi to zrobiło (więcej codzienności na insta @moosiatko).

Czas ten upływał także na przygotowaniach do najważniejszego maju w naszym życiu, gdzie to z lubym z radością nałożyliśmy obrączki na nasze palce. Jeden z najwspanialszych dni w życiu, pełen najbliższych nam osób, a także miłości i wewnętrznego spokoju.


Spełniliśmy także kilka swoich głęboko skrywanych marzeń! Jednym z nich była podróż dookoła Islandii, którą do dziś wspominam z rozrzewnieniem. Mogliśmy nabrać tam głębokiego oddechu i przygotować się na kolejne z najważniejszych. Oczywiście mowa o przygotowaniach do książki, którą żyję od samego końca wakacji. 

Miód Podrożał zajął już resztę mojego roku i jest najważniejszym projektem w moim życiu. Nie tylko dlatego, że czekałam na jego realizację przeszło siedem lat. Pomógł w końcu uwolnić na nowo wszystko, co we mnie siedziało. W trakcie sesji do książki, końcu zobaczyłam siebie w swoich kadrach, zobaczyłam prawdziwe ciepło mojego wnętrza, odrodziłam się trochę na nowo.
Miód pociągnął za sobą również masę zdarzeń, o których nawet nie śmiałam myśleć przy wydawaniu książki. Więcej o tym jednak w okolicach lutego, kiedy to przyjdzie nam podsumować cały projekt (:


Muszę przyznać, że przewracam tę kartę kalendarza ze szczerym uśmiechem. Nie dlatego, że tak bardzo chcę już zacząć wszystko "od nowa", ale dlatego, że w końcu po tylu latach cały rok wydaje mi się szalenie udany, pełen spełnionych celów, pełen nowych dróg, pełen prawdziwej harmonii. Także bardzo dużo swojego czasu poświęciłam w tym roku innym, co jest miłym powrotem do mnie, takiej sprzed kilku lat. Otrzymałam w zamian dużo ciepła, które pozwalało przeżyć te słabsze chwile.

Podsumowanie zazwyczaj pociąga za sobą wysnute plany, założenia, bądź postanowienia, które będą trzymać w dobrym duchu przez pierwszych kilka miesięcy, tylko po to, aby za chwilę o nich zapomnieć. Od kilku lat nie robię już postanowień, z jednego prostego powodu. Najważniejsze zmiany, te, które rzeczywiście chcemy wprowadzić w swoje życie, nie potrzebują wielkich dat, przełomowych, symbolicznych kółek w kalendarzu pobudzających w nas presję i pocenie rąk lub podniecenie na myśl, że to już zaraz. Jeśli czegoś mocno pragniemy, po prostu to robimy. Wprowadzenie takiej taktyki do swojej codzienności pozwala mocniej ją przeżyć, nie planować zbyt wiele, gdyż codzienność lubi zaskakiwać.


Na nadchodzący rok życzę Wam na nowo więcej wiary w siebie i swoje marzenia, a także, powtarzając się trochę z życzeń świątecznych, więcej radości z obecności najbliższych. Bądźmy bardziej dla innych, a nigdy nie odczujemy samotnego wieczoru. Drugi człowiek, jak nic w świecie, jest lekarstwem na wszystko co w nas złe i niepożądane. Przy odrobinie ciepła.

Dziękuję Wam za ten rok. Za Waszą obecność, każde słowo, każdą wiadomość, każdy rodzaj uwagi. Sprawiliście, że na nowo, coraz mocniej, wierzę nie tylko w siebie, ale także w innych ludzi. Najmocniej jednak dziękuję tym, którzy chcą być obecni w moim życiu. To dzięki Wam jutro nie jest takie straszne, a serce wystukuje tylko wesołe melodie. Dziękuję.

St. Lucia


Przyjeżdżając do Szwecji przyciągnęłam za sobą kilka swoich potworów. Tych, którym zdarzało się głośniej krzyczeć przy naciskaniu spustu migawki, podczas naszych zajawkowych sesji. Zmiana otoczenia, zmiana mojego środka, porządki w głowie i sercu naturalnie zmusiły je do milczenia, co zaowocowało przez te wszystkie lata podkręceniem w sobie miłości do focenia pocztówek (taka moja niedbała nazwa fotografii krajobrazowej), codzienności, wszystkich małych radości, którymi się otaczałam. Potrzebowałam kilku lat w Szwecji, by w końcu w tym roku zacząć przelewać na nowo miłość w kadry, które kocham. Myślałam, że miodowy projekt będzie ostatnim, który w tym roku stworzymy. Na szczęście się myliłam (:

Pozwoliłam ostatnio pobiegać swoim potworom. Z ideą tej sesji nosiłam się od kilku lat, dokładnie od momentu kiedy drugi raz moje kopyta stanęły na szwedzkiej ziemi, przemierzając niecierpliwie kilometry śniegu, kilometry pięknych widoków, poznając szwedzkie zamakarki i zwyczaje. Jednym z ważniejszych, który w jakiś sposób mnie dotknął, jest zwyczaj celebracji Dnia św. Łucji, który obrazowałam w głowie w swojej hard wersji. Cieszę się, że tyle czasu czekałam na realizację, gdyż nie mógł mi się trafić lepszy team oraz lepsza pora na tę przygodę!

Dziękuję Monice Lużynskiej za najlepsze w świecie ugryzienie tematu, profesjonalne i solidne przygotowanie modelki oraz magię, dzięki której to wszystko powstało. Dziękuję Johannie Jansson za równie profesjonalne podejście do sesji, cierpliwość oraz entuzjazm, jest jedną z najcudowniejszych modelek, z którymi przyszło mi pracować. Dziękuję naszym chłopakom za wsparcie, dzięki któremu wyszliśmy z najmniejszych opresji, które mogłyby się przyczynić do nie powstania poniższych kadrów.
Ten rok jest najcudowniejszy dla mnie. Będzie co podsumowywać! <3


When I came to Sweden I brought a few monsters with me - those who happened to shout louder when I pressed the shutter button during our photo sessions. Changing my environment, changing my inside, cleaning my head and the heart naturally forced them to silence, which resulted in all these years overclocking the love of shooting postcards (this is my careless name of landscape photography), daily life, all the little joys that I was surrounded by. I needed several years in Sweden, to begin to splash out on a new love in the shots, which I love. I thought that the Miód Podrożał will be the last project, which we create this year. Fortunately, I was wrong!(:

I let my monsters run free. A few years of thinking about the idea for this session, right from the moment when, for the second time, my hooves stood on Swedish ground, impatiently walking kilometres of snow and kilometres of beautiful views, learning Swedish corners and customs. One of the most important, that in some way touched me, is a celebration of St. Lucia, which I pictured in my head in hard version. I'm glad that I waited so long, because there couldn't be a better team and a better time for this adventure!

Huge thanks to Monika Lużynska for professional and solid prepare our model for the session. Huge thanks to Johanna Jansson for her equally professional approach to the session, patience and enthusiasm, she is one of the most wonderful models with whom I came to work. Thanks also to our guys for their support.
 
This year is the most wonderful for me <3













miód podrożał.




Pamiętam jak dziś, kiedy siedem lat temu siedziałam przy barze w kawiarni, w której pracowałam i padło pytanie "dlaczego właściwie nie napiszesz książki?". Zawsze byłam zdania, że książki są dla tych, którzy mają coś do powiedzenia. Właściwie muszą nieść pewną misję, gdyż postawione na półce przyjmują pewną świętość. Mimo to wykonałam jeden telefon i okazało się, że jest to temat do ugryzienia. W każdym razie był... bo choć odkąd me niecierpliwe dłonie nauczyły się rysować i pisać, tworzyłam stosy opowiadań, rozpisywałam się na wszelkie sposoby, od dwunastego roku życia bardzo czynnie zapisywałam blogowe posty, nie widziałam siebie w roli powieściopisarza, kogoś zdecydowanie poczytnego i lekkiego. Mimo wszystko temat zebrania swoich myśli i uczuć w jedno chodził za mną przez kilka lat, gryząc i szczypiąc.
I tak oto leży przede mną sto osiemdziesiąt stron pełnych ośmiu lat mojego życia. Nie jest to biografia (bynajmniej nie typowa), nie jest to powieść, a najklasyczniejszy zbiór tego, co dla mnie w pewien sposób cenne i drogie. Kawałek mojej historii i wielki odłamek mojego serca. Część z tego na pewno jest już znana tym, którzy śledzą moje blogi od lat. Zebrałam najważniejsze dla mnie teksty i opatrzyłam je bardzo osobistymi fotografiami, co pozwoliło mi zamknąć pewien rozdział w moim życiu. Rozdział, dzięki któremu stałam się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Nie mógł doczekać się lepszego uwieńczenia, niż tą piękną kartonową okładką.



Jednak zamknięcie za sobą pewnych drzwi nie było moim jedynym celem dotyczącym tego projektu.
Jak wielu z Was już wie, mam w rodzinie małego bohatera. Komandosa z krwi i kości, który każdego dnia pokazuje nam, jak wiele radości można czerpać z małych, codziennych rzeczy, jak wiele siły i determinacji można mieć w sobie oraz jak wysokie szczyty można dzięki temu zdobywać. Choć ma zaledwie trzy latka, jest niesamowitą inspiracją i pomaga nam więcej widzieć w dzisiejszym zabieganym świecie. Mowa oczywiście o moim bratanku Brunie.
Tych, którzy jeszcze o nim nie słyszeli, koniecznie zapraszam do zapoznania się z jego stroną www.brunostreng.org!
Ta książka powstała również z myślą o nim, w związku z czym wszystkie dochody pochodzące z każdej pojedynczej, sprzedanej sztuki zasilą jego konto w fundacji, aby miał większe możliwości w walce o normalne życie, samodzielność i szczęśliwe jutro. W chwili obecnej, poza ciężką, codzienną rehabilitacją, rozpoczął również terapię eksperymentalną podania komórek macierzystych, co daje nam ogromną nadzieję na przyspieszenie dobrych efektów jego ćwiczeń. Jest to bardzo kosztowna sprawa, dlatego każda najdrobniejsza złotówka jest na wagę złota.



Jak można nabyć książkę?
Cały projekt finansuję samodzielnie, od początku do końca. Również w moich rękach spoczywa dystrybucja książki. Dzięki Funacji OKO-LICE KULTURY udało się doprowadzić projekt do końca oraz dzięki jej wsparciu będziemy mogli dopełnić wszelkich potrzebnych formalności finansowych, dotyczących rozpowszechniania kopii.

 
edit (12/12/2016)
Stała się rzecz niesłychana! Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że sprzedamy niemal cały nakład, jaki wydrukowaliśmy. I to w niecałe dwa miesiące! Macie przeogromną moc! 
Kilkukrotnie przekroczyliśmy nasze oczekiwania odnośnie sprzedaży, co wypełniło nasze serduszka miodem po same brzegi! 

W związku z wciąż ogromnym zainteresowaniem postanowiliśmy na krótko wznowić sprzedaż, aby osoby, które nie zdążyły jeszcze nabyć swojego egzemplarza, mogły to uczynić!  
Chętnych proszę o wiadomość na maila martastreng@gmail.com, zatytułowaną "Dla Bruna", tą drogą podam wszystkie szczegóły dotyczące wpłat na konto Fundacji (cena wyjściowa: 40zł, wedle uznania można wpłącać więcej). Jeśli w przeciągu kilku dni nie otrzymasz odpowiedzi na maila, najprawdopodobniej do mnie nie dotarł, zatem nie omieszkaj napisać ponownie! Zamówienia będę zbierać przez kolejne trzy tygodnie, po czym zlecimy dodruk. Miód zakupiony w tym czasie poleci do Was pod koniec stycznia 2017, niestety te egzemplarze będą już wysłane bez dedykacji.
Jednocześnie informuję, że 6 stycznia 2017r. ostatecznie zamykamy sprzedaż internetową. 


Pragnę jednocześnie poinformować, że się nie zatrzymujemy! W drugiej połowie stycznia planowane jest miodowe spotkanie w Gdańsku, gdzie będziemy mogli nie tylko się poznać, ale także będzie można jeszcze nabyć Miód w formie książowej i nie tylko! Więcej informacji będziemy podawać już niebawem!
Rysują się jeszcze plany na kolejne spotkania, o nich także będziemy informować na bieżąco przez instagram oraz facebooka!
Wciąż jestem dla Was pod mailem, zapraszam serdecznie do kontaktu w sprawach nadzwyczajnie wszelakich.

O finale akcji będę pisać w małym podsumowaniu na blogu, już po styczniowym spotkaniu (:

Osoby, które zechciałyby w inny sposób dołożyć swoją cegiełkę dla Bruna, serdecznie zapraszam na jego stronę www.brunostreng.org!

Za wszelkie wsparcie z Waszej strony, w imieniu swoim oraz Bruna serdecznie dziękuję.
Również chciałabym przy okazji podziękować osobom, dzięki którym udało się doprowadzić ten projekt do końca - mojemu mężowi, który był powodem większości tekstów znajdujących się w książce, którego miłość i przyjaźń pozwala mi góry przenosić, Mamie za miłość do słowa pisanego oraz Tacie za miłość do chwytania w kadry chwil, Lechowi Zdrojewskiemu, który od lat wspiera moje działania fotograficzne i pomaga mi wierzyć w moje najskrytsze moce, modelom Adzie Maleckiej oraz Karolowi Puciatemu, za oddanie i naprawdę rewelacyjne uzewnętrznienie tego, co mam głęboko w sercu, jak i wszystkim, którzy od początku bardzo mocno mi kibicują.

"Karlenie przed wyzwaniami zabija najszybciej"
Jakby to niejeden coach powiedział - nie ma rzeczy niemożliwych. Nie ma marzeń nie do zdobycia. Niktóre po prostu wymagają nieco więcej determinacji i czasu. Tylko czasem trochę szczęścia.

edit.
Miodowo zrobiło się na stronie Buzzujemy.com oraz na blogu Róbmy Dobrze. Gorąco zapraszam!





Let me fall...


Za mną bardzo pracowite kilka miesięcy. Niewiele było czasu na swoje projekty, jednak ukończyłam jeden, od kilku lat najważniejszy. O nim więcej później, jak już wszystko w stu procentach doprowadzimy do końca.
Tymczasem kilka kadrów z ukochaną Martą, z moich jesiennych odwiedzin w Warszawie.


modelka: Marta Pobielska