2016/06/13

You are the perfect box to keep my heart in. [PL]


Nasze prawie miesięczne wakacje dobiegły końca, gdzie to odhaczyłam dwa z trzech najważniejszych dla mnie, tegorocznych wydarzeń - nasz ślub oraz podróż poślubną.  Te właśnie wydarzenia pociągnęły za sobą lawinę pytań jak, gdzie, z kim i dlaczego, zatem postanowiłam poświęcić im dwa bardzo osobiste, zarazem bardzo obszerne i rzeczowe posty. Pragnę podkreślić, że nie są one sponsorowane (chyba, że przeze mnie ;)), raczej pełne wdzięczności i chęci podzielenia się namiarami do ludzi, którzy robią naprawdę dobrze.

Nasz ślub był dla nas wydarzeniem, w pewnym sensie, formalnym. Fakt, że chcemy spędzić życie razem był dla nas oczywisty od pierwszych wspólnych dni. Już po dwóch tygodniach układaliśmy listę weselnych gości, po trzech zamieszkaliśmy razem, a po kilku miesiącach zdarzyło mi się pisać w mojej, że tak to górnolotnie nazwę, książce:

Minęło kilka miesięcy odkąd leżeliśmy wpatrzeni w gwiazdy. Nasza miłość rośnie wprost proporcjonalnie do czasu wspólnie ze sobą spędzonego. (...)
Czuję to w każdym centymetrze ciała, niezamaskowane dreszcze okupione gęsią skórką. Codziennie w dni powszednie, w drodze powrotnej z pracy kątem oka spozieram na wystawę salonu sukien ślubnych, tworząc w głowie nasz obraz z tego najpiękniejszego w życiu dnia. Spoglądam szybko, niezauważalnie, niczym  gówniara knująca misterny plan, pełna obaw, że ktoś rozgryzie co jej w głowie siedzi. Już jako mała dziewczynka, niemal każda z nas przygotowuje się do „tego dnia”, oczekując na „tego pana”, który spełni jej najśmielsze marzenia. Wybrałam już buty i krój sukienki, bo wiem, że będziesz to Ty.


Po sześciu latach niewiele się zmieniło. No... może poza faktycznym krojem sukienki i butami, wizualnie obraz naszego ślubu dojrzewał razem z nami i naszym postrzeganiem estetyki, tego co miłe i nam najbliższe.


Na osobistą celebrację zasługuje dla nas fakt, że od prawie dziesięciu lat kręcę się w branży ślubnej i mam ten luksus spoglądania na wszystko od kuchni. Zaprocentowało to dwa lata temu, kiedy po niesamowicie uroczych i bardzo intymnych zaręczynach w niecały wieczór mieliśmy już ustalone co, gdzie, kiedy i z kim. Potem nastały dwa długie lata wyczekiwania i bawienia się w detale.

Pytaniem, które padało w moją stronę najczęściej, było oczywiście to o fotografa. W tym miejscu mocno odbiegłam od tego, co sama robię, trochę ze względu na mojego D., który (tak, tak) nie przepada za aparatem, trochę z potrzeby spojrzenia na ten dzień reporterskim okiem. Wybraliśmy Redwedding. Piotra Połoczańskiego znam od samych moich początków w branży ślubnej, jego reporterskie, czujne oko zawsze mi się podobało, tym samym w tym miejscu nie wyobrażałam sobie nikogo innego.

Wybór Piotra był pierwszym, dzięki jego portfolio dowiedzieliśmy się o perfekcyjnym miejscu na ślub i wesele. Spoglądając na cudowne białe, klimatyczne ściany i drewno na fotografii przez niego wykonanej, modliliśmy się, żeby to miejsce było na Pomorzu. Było. I to w najpiękniejszej, możliwej postaci, nad naszym ukochanym morzem. Tak kolejny wybór padł na Cegielnię w Rzucewie, którą obecnie kocham nie tylko za przepiękny, rustykalny klimat, ale również za profesjonalną obsługę oraz niezwykle wysoki poziom cateringu, z którym współpracuje. Musze przyznać, że było to najlepsze jedzenie, jakie kiedykolwiek jadłam na weselach. Słowo daję.



Jestem osobą, która najchętniej walczyłaby ze światem w pojedynkę, głęboko wierząc, że jak coś zrobię sama to zrobię to dobrze (wg mojego dobrze, oczywiście), dlatego pokusiłam się na własnoręcznie zaprojektowane oraz wykonane zaproszenia, winietki, prezenty dla gości, okno z rozmieszczeniem stolików i inne. Samą salę oraz miejsce ceremonii również ochoczo bym dekorowała, nie zdawałam sobie sprawy jak dużo radości niosło za sobą przygotowanie do tego dnia.


Jednak nie wszystko człowiek zrobi sam. Ba. Wciąż się uczę, jak bardzo można być zaskoczonym, kiedy w ważnych dla nas sprawach zaufa się osobom trzecim i ich równie kreatywnemu podejściu. Nie było łatwo odnaleźć florystkę, która zaspokoi nasze potrzeby oraz będzie czuła to, co my. Nie tylko jeśli chodzi o wizualizację pomysłów, ale również podejście do klienta z szacunkiem oraz dobry kontakt, co było dla nas istotne, zwłaszcza, że wszystko załatwialiśmy na odległość. Naprzeciw naszym oczekiwaniom wyszły dziewczyny z Na Trawie, z niezwykłym poczuciem estetyki, świetnym zrozumieniem tematu oraz idealnym odzwierciedleniem tego, co miałam w głowie. Wiele razy słyszeliśmy od gości, że oprawa zarówno ślubu, jak i ceremonii, były czysto "pinterestowe", co w dzisiejszych czasach można chyba przyjąć za najwyższy szczebel komplementu (;  Każdy detal jest szalenie ważny, mi one potrafią spędzać sen z powiek, dlatego nie mogłam wybrać nikogo lepszego do zrealizowania naszej wizji tego dnia.


Kto mnie zna wie, że ciężko o większego zwolennika naturalności. Takie miały być fotografie z tego dnia, taki miał być ten dzień, taka miałam być również ja sama. Wyjściowo chciałam obejść się bez makijażu, zresztą byłabym największą zmorą każdej wizażystki. Ostatecznie przełamałam się i oddałam się w ręce najcudowniejszej Marty Podbielskiej, która mistrzowsko wykonała make-up no make-up. Włosy oczywiście były pod władaniem mojej niezastąpionej Siux. Wspaniały wianek z żywej gipsówki oraz ze sztucznej (z sesji plenerowej) wykonały utalentowane rączki Ani z Aniowych różności.


Dotarliśmy do rzeczy najważniejszej, jakby nie było. Podczas tego dnia, jak podczas wielu niezwykle dla nas ważnych wydarzeń, musiało być szalenie. Dla jakiegokolwiek salonu sukien ślubnych również byłabym potworną klientką, nie wspominając o projektantach. Jednak istnieje na świecie niesamowita osoba, która wzięła na klatę całe moje szaleństwo i zdecydowała się uszyć dla mnie sukienkę marzeń. Na odległość. Z jedną przymiarką przed rozpoczęciem pracy i dwoma przed samiuśkim ślubem. Paulina Banaszewska, bo o niej oczywiście mowa, mistrzowsko podeszła do tematu. Stworzyłam jej najbardziej hardcore'owe warunki jakie można sobie wyobrazić. Sukienka bazowała na pięknej koronce z sukni znalezionej w jednym ze szwedzkich second handów. Choć recykling jest sprawą imponującą, jest również cholernie zajmującą, zwłaszcza kiedy do zrobienia jest również gorset od podstaw. Żadne słowa nie oddadzą tego, co zrobiła dla mnie Paulina. Choć jej praca nie była dla mnie zaskoczeniem, ufam jej jak nikomu w tej kwestii, to mimo wszystko po ubraniu tej sukienki czułam to, czego nie czułabym w żadnym salonie. To była prawdziwie TA sukienka. Dziewczęca i kobieca jednocześnie.
Zakochana bez pamięci w jej tworach zapraszam na jej nową, ślubną odsłonę majstersztyku, Dolly's Dress. Będzie o niej głośno!


Wybranie Bożego Ciała na dzień zaślubin, jak i miejsca zaślubin trochę na końcu świata, musiało skończyć się tym, że przez korki i wszystkie inne wypadkowe, spóźniłam się chwilę na swój własny ślub (w końcu to wszystko sprawiło, że samą sukienkę ubrałam pięć minut przed ceremonią). Weselne, savoir-vivre'owe faux pas, aczkolwiek przy luźnym klimacie, jaki udało się stworzyć, chyba szybko wybaczone (:



Z wielu osobistych względów zdecydowaliśmy się na ślub cywilny. Nie wyobrażaliśmy sobie innego przebiegu ceremonii, jak na świeżym powietrzu, w cudownym otoczeniu. Muszę jednak przyznać, że mimo sprzyjającej obecnie ustawy odnośnie możliwości odbywania się ślubów cywilnych poza USC, wciąż bywa to rzecz kłopotliwa i nerwowa podczas załatwiania formalności. Były momenty, w których rozważaliśmy nawet ślub humanistyczny, który pozwoliłby na jeszcze piękniejszą i ckliwą oprawę, jednakże udało się dojść do porozumienia z miejscowym urzędem i wszystko odbyło się według pierwotnego planu.


Mimo szaleństwa, jakie zawsze nam towarzyszy, wszystko było perfekcyjne i właśnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy. Obiecałam sobie ślub, przy którym sama z radością pracowałabym jako fotograf. Udało się (:
Niecierpliwie wyczekiwałam pożerającego ślubnego stresu, jednak jakimś cudem ominął mnie szerokim łukiem. Cały dzień upłynął pod znakiem niezwykłego luzu i bezkresnej radości z obecności najbliższych.


Trochę odbiegając od naszych polskich, ślubnych standardów postawiliśmy na małe garden party przed obiadem oraz weselnymi pląsami. Świetna opcja na chwilę chillu oraz nacieszenie się przybyłymi gośćmi.



W tym wszystkim nie mogło zabraknąć uwielbianych przez nas braci Wianków z zespołu CudaWianki. Pracowałam z nimi dobrych parę lat temu, jednak tak bardzo utknęli w naszej pamięci, że to wesele bez nich nie byłoby już turbo biesiadą.
Warto wspomnieć, że mojego męża poznałam na gdyńskich Cudawiankach, zatem zadziałało tu już przeznaczenie!



Słodkości z NOTOCIACHo również napotkane na zeszłorocznym weselu Oli i Igora podbiły moje serce.


Daleko nam do osób afirmujących leżenie plackiem przy hotelowym basenie, czy spędzanie biernie wakacji. Z moim niewykrytym adhd poślubna podróż ograniczona do typowych miejsc, gdzie udają się świeżo upieczone małżeństwa byłaby katorgą. Na szczęście mąż mój podziela moją miłość do poznawania świata, przyrody, im bardziej dzikiej tym lepiej, więc kierunek podróży był zgodny. Islandia. Wieloletnie marzenie, kolejne odhaczone na naszej liście. Niebawem będzie o niej osobny post, tymczasem kilka kadrów, jakie udało nam się razem stworzyć. Nie były łatwe, selfie wciąż nie jest moją najmocniejszą stroną (całe szczęście), ale po raz kolejny ucieszyło mnie moje zamiłowanie do fotografii. Choć moja ukochana 50tka postanowiła sprawiać psikusy, musiała obejść się bez wielu ujęć, które miałam w głowie. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby te ujęcia były robione przez kogoś innego jak przez nas samych. Środek prawdziwie szalejącej natury, spokój, w pewnej mierze intymność (dlaczego w pewnej mierze, o tym również w islandzkim poście), po prostu MY.

 

Dziękuję Ci Kocie za życie, które jest jedną wielką przygodą, za to, że dodajesz mi skrzydeł i pomagasz mi odkryć w sobie najpiękniejsze, w końcu za tę prawdziwą, bezkresną miłość i rodzinę, którą razem tworzymy. Dzięki Tobie już nigdy nie będę bała się jutra.