My swedish dreams. [PL]

Samo odwiedzenie Szwecji, zamieszkanie w niej, było swoistym marzeniem, które kiełkowało gdzieś w środku przez lata. Miłość do tego miejsca, jego prostoty, surowości, czegoś niezwykle przyciągającego, czegoś co niosła za sobą niewytłumaczalna miłość do łosi, skandynawskiego designu oraz Dzieci z Bullerbyn. Nie było łatwo, jednak wraz z moim D. spełniliśmy to marzenie. Marzenie wymagające od nas pokładów cierpliwości, uporu oraz zawziętości, które nie pozwoliły poddać się przy falstartach i upadkach. Zaskakującą moc odnajduje w sobie człowiek przy zderzeniu ze ścianą, która staje pomiędzy nim a marzeniem będącym na wyciągnięcie ręki. Jeszcze parę lat temu tą rękę dałabym sobie odciąć, głęboko wierząc, że po tej drugiej, "bezpieczniejszej" stronie muru jest mi lepiej. Dziś cieszę się, że jednak dałam się ponieść, rzucając na głęboką wodę, nie patrząc w oczy temu, czego wtedy bałam się najbardziej.



Jednakże realizacja szwedzkiego marzenia to tak naprawdę dopiero nasz początek. Trwał nieco długo, gdyż była to jedna z największych rewolucji w moim życiu, co wymagało czasu na pewne porządki. Za tym marzeniem stoi jednak masa małych marzeń, które czekają na swoją kolej. Wiele z nich związanych jest właśnie z tym krajem, głęboko powiązane ze skandynawskim stylem życia, w które przepadam każdego dnia coraz mocniej, niektóre prowadzą przez rzeczy nabyte, będące jednak narzędziem pozwalającym bardziej być i przeżywać.




Już od dziecka cieszyły mnie drobne rzeczy, które często urastały do rangi małych marzeń. To właśnie one składały się ostatecznie na samospełnienie i realizację wyższych celów, wszystko metodą kroczek po kroczku. Dziś wciąż cieszą mnie drobne rzeczy i nie mogę odmówić sobie nazywania ich małymi marzeniami. Spotkanie łosia i możliwość dotknięcia go, jazda na łyżwach po szwedzkim jeziorze, także i kąpiel w jego dzikich miejscach, jazda rowerem do pracy, pływanie kajakiem po sztokholmskiej zatoce, fotografowanie szwedzkiego ślubu, noc w lesie, jak i nasz Stevie (Chevy van), wyczekiwany od lat kompan do dalszych podróży. To wszystko to dopiero początek listy tych małych marzeń, które, choć dla wielu rzeczy codzienne, mnie samą przyprawiają o szybsze bicie serca i radość z życia.





 
Po minionych dwóch latach moje serce odnalazło tu swój rytm, głowa wypełniła się świeżym, morskim powietrzem, a dusza odnalazła spokój. Ta, jedna z trzech największych rewolucji w moim życiu nauczyła mnie, że z niespokojnym sercem, w miejscu gdzie ciężko odnaleźć nam harmonię, gdzie nasze wewnętrzne potwory ujadają najgłośniej, gromadzimy nic więcej poza pokaźną kolekcją własnego nieszczęścia. Mamy w naszej polskiej krwi coś, co pozwala zawsze wytłumaczyć te nieszczęścia i zaprzyjaźnić się z nimi, mimo to warto czasem posłuchać własnego serca i tych małych impulsów, które popychają delikatnie paluszkiem ku zmianom. Nawet jeśli to ma czasem zaboleć, nawet jeśli mamy za chwilę upaść, warto iść w zaparte. Wszystko po to by pewnego dnia wstać z uśmiechem i ucieszyć się z tej ulubionej filiżanki kawy, poczuć świeżą trawę pod bosymi stopami, poczuć świeże powietrze na policzkach i zobaczyć w lustrze odbicie swoich małych marzeń. Tych wyrysowanych na twarzy.



Więcej moich #myswedishdreams będzie pojawiać się na instagramie.
Również parę słów o mnie i mojej Szwecji w wywiadzie dla Yolama (: